Etykiety

wtorek, 31 maja 2016

Ze sztangą za Pan brat. Szpinakowe Fit na Body Pump.

Przygotowania do Reebok Fitness Camp idą pełną parą. U trenerów, przyszłych uczestników, ale i u samego Reebok'a (to wiadome). Od dłuższego czasu w różnych miejscach w Warszawie organizowane są darmowe zajęcia Les Mills, jogi itp mające być treningami przed tym wydarzeniem. Tydzień temu byłam na ulubionym Body Combat, w minioną niedzielę wybrałam się za to na Body Pump.


Oj tak, tu się pompuje dosłownie ;-) Body Pump to trening ze sztangami i obciążeniem, w stylu typowym dla zajęć Les Mills, czyli każda piosenka inny zestaw ćwiczeń / inna partia ciała. 


Ostatnim razem na Body Pump byłam rok temu podczas Reebok Fitness Camp 2015, więc nie pamiętałam co i jak. Ale instruktorka wszystkie ćwiczenia tłumaczyła dokładnie, zwracając szczególną uwagę na nowicjuszy.


Oczywiście jak mały, inteligentny człowiek na rozgrzewkę wzięłam sobie 10kg obciążenia na sztandze efektem czego było mocne zwiotczenie rąk pod koniec;-P szybko je sobie po rozgrzewce zmniejszyłam i udało się dotrwać do końca zajęć ;-) Prócz sztangi używaliśmy też samych odważników i stepu, na którym robiliśmy m.in. pompki.


Myślałam, że głównie zapracują mi ręce, ale prócz ćwiczenia na tricek, bicek i inne icki, była też duża liczba przysiadów, wykroków ze sztangą itp. Uda czuły już wszystko dzień po. 

nasza niedzielna grupa zdjęcie: https://www.facebook.com/events/230391373999389/permalink/240886756283184/
Zajęcia bardzo mi się podobały, bo było i cardio i lekka siłka. Upocić można się nieźle ;-) Zresztą zobaczcie jak to wygląda na krótkim zajawkowym filmiku Les Mills:


Kto był na Body Pump? Podobało się wam? Raz na jakiś czas spoko, ja to jestem jednak największą fanką Body Balance ;-)

wtorek, 24 maja 2016

Warsztaty truflowo-pralinowe z Batida. Jest słodko!

Nie, absolutnie to nie będzie / nie jest wpis dietetyczny. Osoby będące na redukcji proszę o nie czytanie ;P a właściwie nie oglądanie zdjęć. 

W weekend zupełnym przypadkiem wzięłam na Instagramie udział w konkursie organizowanym przez portal wizaz.pl i udało mi się wygrać zaproszenie na warsztaty z robienia pralinek do cukierni Batida. No grzechem było by nie skorzystać.Tym bardziej, że próbowałam na święta zmodzić trufle, ale średnio mi wyszły i się rozpływały.


Warsztaty odbywały się w cukierni Batida na pl. Konstutucji w Warszawie, gdzie uczestniczki (tak nie wiedzieć czemu, a może wiedzieć same Panie) zostały bardzo mile przywitane. Pyszna kawa umilała nam oczekiwanie na pracę. ;-) 


Prowadzący warsztaty mistrzowie cukiernictwa, poopowiadali nam najpierw chwilę o procesie temperowania czekolady (mechanicznie - na filmie), o tym w jakich odbywa się ona temperaturach i jak to zrobić w domowych warunkach. A potem wzięliśmy się do pracy ;-) 

Myślę, że najlepiej o warsztatach opowiedzą wam zdjęcia, ale uwaga nie oglądać na głodniaka ;-) 

stanowisko pracy ;-)

temperowanie wersja domowa ;-)
Wszystko robiłyśmy z 57,5% belgijskiej deserowej czekolady. Nie muszę chyba mówić jaki zapach unosił się na miejscu.

 

Na pierwszy ogień poszły praliny. Najpierw formy wylewałyśmy czekoladą, lądowały w lodówce, potem trzeba było je wypełnić, znów do lodówki i zamknąć czekoladą.

formy na pralinki w trakcie wypełniania
Praliny wyszły cudne:


Po pralinach robiłyśmy trufle. Trufle mają specjalne formy, bądź można je samodzielnie
"odlać" z czekolady i wypełnić nadzieniem (do wyboru było kawowe i czekoladowe). Lądowały wtedy w lodówce i ponownie jak w przypadku pralin "zamykało" się je czekoladą.


formy na trufle
wypełnianie
"zamykanie" czekoladą
i w końcu brudna robota czyli obtaczanie w kakao

a tak wyglądało stanowisko pracy po obtaczaniu ;-)


Do przygotowania miałyśmy także kandyzowaną pomarańczę i skórkę pomarańczy obtaczane w czekoladzie:
 A także lizaki ;-) 

miśki
serducha
Nie dość, że świetnie spędziłam czas, dostałam dwa kartony własnoręcznie robionych słodyczy, to jeszcze wyszłam z gazetką i fajną torbą...a no i z prawdziwą cukierniczą czapką ;-)

Oj słodkie to były warsztaty nie powiem ;-)


poniedziałek, 16 maja 2016

Dominika Gwit o drodze do nowego życia - recenzja książki.

Właśnie dziś (nawet nie po przeczytaniu książki) pomyślałam, jak jej musiało być ciężko i czasami mocno źle. Żeby napisać Wam kilka słów o niej wrzuciłam do Google jej imię i nazwisko i jako pierwsze wyskoczył mi link "Dominika Gwit schudła 50 kilogramów, a potem dopadł ją efekt jo-jo". Jakie to smutne, że ta ciężko pracująca dziewczyna, aktorka, dziennikarka w zasadzie rozpatrywana jest tylko przez pryzmat swoich kilogramów.

Książka Dominiki Gwit "Moja droga do nowego życia" wpadła mi w ręce nie przypadkowo. Chciałam ją przeczytać. Chciałam zobaczyć co napisze ktoś, kto niemal całe życie zmagała się z nadmiernymi kilogramami. I nie mówię tu o nadmiernych kg w stylu 5, czy 10kg (na to narzeka 3/4 kobiet czasami jest to w pełni uzasadnione, a czasami lekka kokieteria), ale 50kg.

Dominika opowiada historię swojej wagi niemal od dzieciństwa. Na kartkach książki pokazuje w jaki sposób zmieniało się jej ciało, jak rosła waga, aż osiągała rozmiary niebezpieczne dla zdrowia. Jest też i okres walki o siebie, utraty kilogramów i ponownego powrotu do innej wagi. Jest i okres zafiksowania się na diecie i ćwiczeniach, co często ma miejsce, ale jakoś mało osób o tym mówi.

To jest książka o psychice osoby z nadwagą, o tym co myślała, jak się czuła chodząc do szkoły, próbując zdać egzaminy do Akademii Teatralnej, czy później gdy brała udział w serialach Tv a temat jej wagi co chwila pojawiał się nie tylko w plotkarskich serwisach. Jej było źle, była samotna, smutna. Miała swoje zrywy, w których zaczynała dietę, zaczynała ćwiczyć, ale jak każdy zryw kończyło się to szybko. Dominika sama mówi o tym, że otyłość siedzi w głowie i przede wszystkim stamtąd trzeba ją zacząć wyrzucać.

Do mnie osobiście jakoś najbardziej dotarły fragmenty "Mojej drogi..", w której mówi o tym co się stało jak chudła. Traciła na wadze, gubiła kilogramy, wszyscy mówili jej jak świetnie wygląda, czuła się w końcu kobieco i sexownie, a jednocześnie niemal obsesyjnie myślała o jedzeniu, kolejnych posiłkach w pudełkach i ćwiczeniach. Chudła, ale nie było w tym radości i jakby nie było jej.

I ta część książki powinna dotrzeć do jak największej liczby kobiet. Bo w niej ukryta jest ta prawda - utrata kilogramów nie rozwiąże wszystkich problemów i nie da człowiekowi szczęścia. Szczęście trzeba odnaleźć w sobie, a nie cyferkach na wadze.


wtorek, 10 maja 2016

Super opaska - Ivybands jest naprawdę super.

Przelotem pojawiłam się na targach przed maratonem Orlenu. Obiegłam szybko stoiska, ale jedno przykuło moją uwagę - stoisko firmy Ivybands (http://www.ivybands.pl/) z opaskami na włosy do ćwiczeń.


Na wszelkie treningi staram się związywać włosy, nie lubię jak mi coś lata przy twarzy, ale wiadomo, że przy ostrym machaniu głową czasami coś, gdzieś się wymsknie i potrafi wkurzać.

Mam za sobą już jedno doświadczenie z opaskami, bodajże za kilka złoty kupiłam takie dwie w Rossmanie. Elastyczne, od spodu z anty ślizgaczem wydawały się fajne. Chodź włosy trzymały, po 5 min rozgrzewki na kick-boxingu opaska zsunęła mi się z głowy. Poprawiłam, sytuacja się powtórzyła i opaska wylądowała w koszu....dobrze, że straciłam tylko kilka złotych.

Stoisko Ivybands zachęciło mnie kolorami i wzorami opasek. Okazało się, że są materiałowe, górna część jest grubsza, dolna oplatająca głowę od tyłu nieco węższa i tak jakby z innego rodzaju materiału. 

Wewnętrzna antypoślizgowa powłoka - specjalna wyściółka wykonana z materiału kompozytowego, Velvet została opracowana przez absolwentów Harvardu. Materiał jest fajny, miękki, przyjemny w dotyku. Jak założyłam opaskę na targach miałam nieco obaw, bo nie ściskała mi mózgu jak ta z Rossmanna. Ale była taka ładna (moro!!!!), że skusiłam się licząc na to, że nie wyrzucę 25zł w błoto. I ufff...dobrze, że się skusiłam. ;-) 


Najpierw przetestowałam na spacerze - wiadomo mniejszy ruch, mało machania głową. Podczas biegania sprawowała się bez problemowo, ani razu nie zsunęła mi się z głowy, sprinty zaliczone, opaska nadal na miejscu.

Najbardziej mnie ciekawiło, czy "przetrwa" trening muai thai, bo tam nie raz nie dwa na rozgrzewce, czy po zakończeniu techniki robimy przeróżne rzeczy od biegania, skakania, czołgania się, po wspinanie na linę, rozciąganie, machanie głową tu i tam, fikołki..itp. I co? I zapomniałam, że mam ją na głowie, a koleżanka która wiedziała, że ją wypróbowuję co jakiś czas przypominała: "patrz jeszcze nie spadła" ;-) Więc tak potwierdzam ivybands na trening sportów walki jest w sam raz - no może problem byłby gdyby trening był w parterze, bo tam opaskę mógłby ściągnąć przeciwnik ;-)


Sporo machania głową, a szczególnie schylania się w dół jest na jodze, ale i tu nie miałam z opaską problemów. Nic się nie zsuwa, żaden włos nie lata po twarzy.

Zdecydowanie polecam...najgorsze jest to, że mają tyle świetnych wzorków ;-)


środa, 4 maja 2016

Szybkie risotto - pieczarotto ;-)

Czasami zostaje mi niewielkiej ilości coś. Na przykład trochę rosołu. Ni to zjeść tyle, bo za mało, ni to coś z tym zrobić. A właściwe przydało by się coś z tym zrobi. Tu przypadkowo przyszła mi z pomocą Biedra, w której natknęłam się ostatnio na ryż do risotto. 

 Przyznaję się bez bicia, że risotto robiłam zwykle z normalnego białego ryżu. Ten wpadł mi w oko i stwierdziłam, że wypróbuję, czy jest jakaś różnica.

Fajną rzeczą z tyłu opakowania tego ryżu jest miarka, dzięki której można odmierzyć odpowiednią ilość w zależności od porcji.


Ale ale wracamy do tematu. ;-)

Risotto - pieczarotto narodziło się w mojej głowie samo z siebie. Lubię risotto bo jest daniem łatwym i bezproblemowym.

Składniki:
- ryż do risotto (;-P)
- 300g pieczarek (wiadomo im więcej tym lepiej)
- dwie nie duże piersi z kurczaka 
- sól, pieprz
- 2 szklanki rosołu

Przygotowanie:
1. Pierś z kurczaka pokroić w kostkę.


2. Pieczarki obrać i zetrzeć na tarce z grubymi oczkami.


3. Na patelnię wrzucamy kurczaka i pieczarki i odpowiednią (do ilości porcji) część opakowania ryżu. Podlewamy rosołem i gotujemy na małym ogniu. Jak już część rosołu odparuje, znów go dolewamy. Na końcu pozostaje risotto przyprawić i podawać.


Muszę przyznać, że ryż zrobił na mnie wrażenie. Smakował zupełnie inaczej niż ten zwykły biały, nie rozwalił się ani nie rozgotował. Był delikatny i miękki, świetnie wpasował się w połączenie pieczarek i kurczaka.