Etykiety

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Moja droga zmieniła bieg - koniec bloga.

„Gdy zmienisz sposób w jaki patrzysz na różne rzeczy, rzeczy te również się zmienią.” 
Wayne Dyer

Moi drodzy,

jak pewien mądry gościu kiedyś powiedział:



jak się nie zmieniamy nie idziemy do przodu.

Z całych sił zawsze próbuję być sobą i robić tak jak ja chce, według tego co czuję. 

Moje myślenie odnośnie bloga i całej fitblogosfery znacznie się zmieniło w czasie ostatniego pół roku i uważam, że powinnam ruszyć inną ścieżką. To była fajna "zabawa", miło mi było poznać mnóstwo osób, pewnie jeszcze nie raz się spotkamy, bo aktywność już na dobre zagościła w moim życiu i stała się częścią społeczności.

W przyszłym tygodniu zniknie mój blog i fanpage na facebooku. Dziękuję Wam za te 3 lata i życzę wszystkim równowagi w życiu, nie patrzenia na innych i bycia sobą. Trzymajcie się i brnijcie zawsze do przodu. ;-) Powodzenia !!!

wtorek, 31 maja 2016

Ze sztangą za Pan brat. Szpinakowe Fit na Body Pump.

Przygotowania do Reebok Fitness Camp idą pełną parą. U trenerów, przyszłych uczestników, ale i u samego Reebok'a (to wiadome). Od dłuższego czasu w różnych miejscach w Warszawie organizowane są darmowe zajęcia Les Mills, jogi itp mające być treningami przed tym wydarzeniem. Tydzień temu byłam na ulubionym Body Combat, w minioną niedzielę wybrałam się za to na Body Pump.


Oj tak, tu się pompuje dosłownie ;-) Body Pump to trening ze sztangami i obciążeniem, w stylu typowym dla zajęć Les Mills, czyli każda piosenka inny zestaw ćwiczeń / inna partia ciała. 


Ostatnim razem na Body Pump byłam rok temu podczas Reebok Fitness Camp 2015, więc nie pamiętałam co i jak. Ale instruktorka wszystkie ćwiczenia tłumaczyła dokładnie, zwracając szczególną uwagę na nowicjuszy.


Oczywiście jak mały, inteligentny człowiek na rozgrzewkę wzięłam sobie 10kg obciążenia na sztandze efektem czego było mocne zwiotczenie rąk pod koniec;-P szybko je sobie po rozgrzewce zmniejszyłam i udało się dotrwać do końca zajęć ;-) Prócz sztangi używaliśmy też samych odważników i stepu, na którym robiliśmy m.in. pompki.


Myślałam, że głównie zapracują mi ręce, ale prócz ćwiczenia na tricek, bicek i inne icki, była też duża liczba przysiadów, wykroków ze sztangą itp. Uda czuły już wszystko dzień po. 

nasza niedzielna grupa zdjęcie: https://www.facebook.com/events/230391373999389/permalink/240886756283184/
Zajęcia bardzo mi się podobały, bo było i cardio i lekka siłka. Upocić można się nieźle ;-) Zresztą zobaczcie jak to wygląda na krótkim zajawkowym filmiku Les Mills:


Kto był na Body Pump? Podobało się wam? Raz na jakiś czas spoko, ja to jestem jednak największą fanką Body Balance ;-)

wtorek, 24 maja 2016

Warsztaty truflowo-pralinowe z Batida. Jest słodko!

Nie, absolutnie to nie będzie / nie jest wpis dietetyczny. Osoby będące na redukcji proszę o nie czytanie ;P a właściwie nie oglądanie zdjęć. 

W weekend zupełnym przypadkiem wzięłam na Instagramie udział w konkursie organizowanym przez portal wizaz.pl i udało mi się wygrać zaproszenie na warsztaty z robienia pralinek do cukierni Batida. No grzechem było by nie skorzystać.Tym bardziej, że próbowałam na święta zmodzić trufle, ale średnio mi wyszły i się rozpływały.


Warsztaty odbywały się w cukierni Batida na pl. Konstutucji w Warszawie, gdzie uczestniczki (tak nie wiedzieć czemu, a może wiedzieć same Panie) zostały bardzo mile przywitane. Pyszna kawa umilała nam oczekiwanie na pracę. ;-) 

video

Prowadzący warsztaty mistrzowie cukiernictwa, poopowiadali nam najpierw chwilę o procesie temperowania czekolady (mechanicznie - na filmie), o tym w jakich odbywa się ona temperaturach i jak to zrobić w domowych warunkach. A potem wzięliśmy się do pracy ;-) 

Myślę, że najlepiej o warsztatach opowiedzą wam zdjęcia, ale uwaga nie oglądać na głodniaka ;-) 

stanowisko pracy ;-)

temperowanie wersja domowa ;-)
Wszystko robiłyśmy z 57,5% belgijskiej deserowej czekolady. Nie muszę chyba mówić jaki zapach unosił się na miejscu.

 

Na pierwszy ogień poszły praliny. Najpierw formy wylewałyśmy czekoladą, lądowały w lodówce, potem trzeba było je wypełnić, znów do lodówki i zamknąć czekoladą.

formy na pralinki w trakcie wypełniania
Praliny wyszły cudne:


Po pralinach robiłyśmy trufle. Trufle mają specjalne formy, bądź można je samodzielnie
"odlać" z czekolady i wypełnić nadzieniem (do wyboru było kawowe i czekoladowe). Lądowały wtedy w lodówce i ponownie jak w przypadku pralin "zamykało" się je czekoladą.


formy na trufle
wypełnianie
"zamykanie" czekoladą
i w końcu brudna robota czyli obtaczanie w kakao

a tak wyglądało stanowisko pracy po obtaczaniu ;-)


Do przygotowania miałyśmy także kandyzowaną pomarańczę i skórkę pomarańczy obtaczane w czekoladzie:
 A także lizaki ;-) 

miśki
serducha
Nie dość, że świetnie spędziłam czas, dostałam dwa kartony własnoręcznie robionych słodyczy, to jeszcze wyszłam z gazetką i fajną torbą...a no i z prawdziwą cukierniczą czapką ;-)

Oj słodkie to były warsztaty nie powiem ;-)


poniedziałek, 16 maja 2016

Dominika Gwit o drodze do nowego życia - recenzja książki.

Właśnie dziś (nawet nie po przeczytaniu książki) pomyślałam, jak jej musiało być ciężko i czasami mocno źle. Żeby napisać Wam kilka słów o niej wrzuciłam do Google jej imię i nazwisko i jako pierwsze wyskoczył mi link "Dominika Gwit schudła 50 kilogramów, a potem dopadł ją efekt jo-jo". Jakie to smutne, że ta ciężko pracująca dziewczyna, aktorka, dziennikarka w zasadzie rozpatrywana jest tylko przez pryzmat swoich kilogramów.

Książka Dominiki Gwit "Moja droga do nowego życia" wpadła mi w ręce nie przypadkowo. Chciałam ją przeczytać. Chciałam zobaczyć co napisze ktoś, kto niemal całe życie zmagała się z nadmiernymi kilogramami. I nie mówię tu o nadmiernych kg w stylu 5, czy 10kg (na to narzeka 3/4 kobiet czasami jest to w pełni uzasadnione, a czasami lekka kokieteria), ale 50kg.

Dominika opowiada historię swojej wagi niemal od dzieciństwa. Na kartkach książki pokazuje w jaki sposób zmieniało się jej ciało, jak rosła waga, aż osiągała rozmiary niebezpieczne dla zdrowia. Jest też i okres walki o siebie, utraty kilogramów i ponownego powrotu do innej wagi. Jest i okres zafiksowania się na diecie i ćwiczeniach, co często ma miejsce, ale jakoś mało osób o tym mówi.

To jest książka o psychice osoby z nadwagą, o tym co myślała, jak się czuła chodząc do szkoły, próbując zdać egzaminy do Akademii Teatralnej, czy później gdy brała udział w serialach Tv a temat jej wagi co chwila pojawiał się nie tylko w plotkarskich serwisach. Jej było źle, była samotna, smutna. Miała swoje zrywy, w których zaczynała dietę, zaczynała ćwiczyć, ale jak każdy zryw kończyło się to szybko. Dominika sama mówi o tym, że otyłość siedzi w głowie i przede wszystkim stamtąd trzeba ją zacząć wyrzucać.

Do mnie osobiście jakoś najbardziej dotarły fragmenty "Mojej drogi..", w której mówi o tym co się stało jak chudła. Traciła na wadze, gubiła kilogramy, wszyscy mówili jej jak świetnie wygląda, czuła się w końcu kobieco i sexownie, a jednocześnie niemal obsesyjnie myślała o jedzeniu, kolejnych posiłkach w pudełkach i ćwiczeniach. Chudła, ale nie było w tym radości i jakby nie było jej.

I ta część książki powinna dotrzeć do jak największej liczby kobiet. Bo w niej ukryta jest ta prawda - utrata kilogramów nie rozwiąże wszystkich problemów i nie da człowiekowi szczęścia. Szczęście trzeba odnaleźć w sobie, a nie cyferkach na wadze.


wtorek, 10 maja 2016

Super opaska - Ivybands jest naprawdę super.

Przelotem pojawiłam się na targach przed maratonem Orlenu. Obiegłam szybko stoiska, ale jedno przykuło moją uwagę - stoisko firmy Ivybands (http://www.ivybands.pl/) z opaskami na włosy do ćwiczeń.


Na wszelkie treningi staram się związywać włosy, nie lubię jak mi coś lata przy twarzy, ale wiadomo, że przy ostrym machaniu głową czasami coś, gdzieś się wymsknie i potrafi wkurzać.

Mam za sobą już jedno doświadczenie z opaskami, bodajże za kilka złoty kupiłam takie dwie w Rossmanie. Elastyczne, od spodu z anty ślizgaczem wydawały się fajne. Chodź włosy trzymały, po 5 min rozgrzewki na kick-boxingu opaska zsunęła mi się z głowy. Poprawiłam, sytuacja się powtórzyła i opaska wylądowała w koszu....dobrze, że straciłam tylko kilka złotych.

Stoisko Ivybands zachęciło mnie kolorami i wzorami opasek. Okazało się, że są materiałowe, górna część jest grubsza, dolna oplatająca głowę od tyłu nieco węższa i tak jakby z innego rodzaju materiału. 

Wewnętrzna antypoślizgowa powłoka - specjalna wyściółka wykonana z materiału kompozytowego, Velvet została opracowana przez absolwentów Harvardu. Materiał jest fajny, miękki, przyjemny w dotyku. Jak założyłam opaskę na targach miałam nieco obaw, bo nie ściskała mi mózgu jak ta z Rossmanna. Ale była taka ładna (moro!!!!), że skusiłam się licząc na to, że nie wyrzucę 25zł w błoto. I ufff...dobrze, że się skusiłam. ;-) 


Najpierw przetestowałam na spacerze - wiadomo mniejszy ruch, mało machania głową. Podczas biegania sprawowała się bez problemowo, ani razu nie zsunęła mi się z głowy, sprinty zaliczone, opaska nadal na miejscu.

Najbardziej mnie ciekawiło, czy "przetrwa" trening muai thai, bo tam nie raz nie dwa na rozgrzewce, czy po zakończeniu techniki robimy przeróżne rzeczy od biegania, skakania, czołgania się, po wspinanie na linę, rozciąganie, machanie głową tu i tam, fikołki..itp. I co? I zapomniałam, że mam ją na głowie, a koleżanka która wiedziała, że ją wypróbowuję co jakiś czas przypominała: "patrz jeszcze nie spadła" ;-) Więc tak potwierdzam ivybands na trening sportów walki jest w sam raz - no może problem byłby gdyby trening był w parterze, bo tam opaskę mógłby ściągnąć przeciwnik ;-)


Sporo machania głową, a szczególnie schylania się w dół jest na jodze, ale i tu nie miałam z opaską problemów. Nic się nie zsuwa, żaden włos nie lata po twarzy.

Zdecydowanie polecam...najgorsze jest to, że mają tyle świetnych wzorków ;-)


środa, 4 maja 2016

Szybkie risotto - pieczarotto ;-)

Czasami zostaje mi niewielkiej ilości coś. Na przykład trochę rosołu. Ni to zjeść tyle, bo za mało, ni to coś z tym zrobić. A właściwe przydało by się coś z tym zrobi. Tu przypadkowo przyszła mi z pomocą Biedra, w której natknęłam się ostatnio na ryż do risotto. 

 Przyznaję się bez bicia, że risotto robiłam zwykle z normalnego białego ryżu. Ten wpadł mi w oko i stwierdziłam, że wypróbuję, czy jest jakaś różnica.

Fajną rzeczą z tyłu opakowania tego ryżu jest miarka, dzięki której można odmierzyć odpowiednią ilość w zależności od porcji.


Ale ale wracamy do tematu. ;-)

Risotto - pieczarotto narodziło się w mojej głowie samo z siebie. Lubię risotto bo jest daniem łatwym i bezproblemowym.

Składniki:
- ryż do risotto (;-P)
- 300g pieczarek (wiadomo im więcej tym lepiej)
- dwie nie duże piersi z kurczaka 
- sól, pieprz
- 2 szklanki rosołu

Przygotowanie:
1. Pierś z kurczaka pokroić w kostkę.


2. Pieczarki obrać i zetrzeć na tarce z grubymi oczkami.


3. Na patelnię wrzucamy kurczaka i pieczarki i odpowiednią (do ilości porcji) część opakowania ryżu. Podlewamy rosołem i gotujemy na małym ogniu. Jak już część rosołu odparuje, znów go dolewamy. Na końcu pozostaje risotto przyprawić i podawać.


Muszę przyznać, że ryż zrobił na mnie wrażenie. Smakował zupełnie inaczej niż ten zwykły biały, nie rozwalił się ani nie rozgotował. Był delikatny i miękki, świetnie wpasował się w połączenie pieczarek i kurczaka.


czwartek, 28 kwietnia 2016

Bieganie jest dla ludzi - recenzja książki "Bieganie dla początkujących i zaawansowanych"

W końcu!! W końcu mam przed sobą książkę, której autor mówi prosto z mostu o bieganiu amatorów. W której nie robi ściem rodem z Facebooka, Instagrama, czy Endomondo, że życie to bieganie i bieganie to życie. W końcu ktoś mówi o tym, że amator jest amatorem, bo łączy swą pasję do biegania (a wcale to przecież nie musi być jedyna jego pasja) z pracą i życiem rodzinnym. I mówi o tym, jak to sprawnie połączyć, by przysłowiowy wilk był syty i owca cała ;-)

Grzegorz Rogóż ponad 20 lat startował w wyścigach kolarskich. Jest biegaczem, maratończykiem i ultramaratończykiem. A ponadto miłośnikiem muzyki jazzowej i książek. W 2014 roku ukazała się jego pierwsza książka pt." Ultramaratony. Bieganie i kolarstwo", ja miałam zaś możliwość przeczytania jego książki "Bieganie dla początkujących i zaawansowanych". I jak już wspominałam wyżej w końcu trafiłam na książkę dla ludzi ;-P


Najpierw od strony wizualnej.

Książka wydana jest podobnie jak "Bieganie. Kobieca strona mocy" (której recenzję znajdziecie TU) i "Dieta i trening" (jej recenzja z kolei TU). Jest dzięki temu łatwa w "nawigacji". Początek każdego rozdziału opatrzony jest krótkim spisem: "Z tego rozdziału dowiesz się:", a zakończony podsumowaniem. Znajdziemy w nich także wyróżnione wskazówki, rzeczy do zapamiętania i ciekawostki. Ta przejrzystość bardzo mi się podoba, jak chcę do czegoś wrócić, nie muszę kartkować całej książki.


Dlaczego ta książka od razu mi się spodobała? Bo autor wyznaje podobną do mnie zasadę, że wszystko jest dla ludzi i w każdej części naszego życia powinna być równowaga.

Jesteśmy amatorami - bo do biegaczy amatorów zwraca się autor. Mamy rodziny, znajomych, swoje hobby, pasje i zainteresowania. Pracujemy na cały etat czy nie, zajęć pewnie mamy bez liku. Biegamy, chcemy zacząć biegać z różnych powodów, od chęci zrzucenia wagi, poprzez prowadzenie zdrowego trybu życia, przez uznawanie biegania za trening uzupełniający, czy nawet dla tego, że wszyscy biegają i to jest teraz modne. Dla każdego powód jest inny, czy ważny, czy mniej ważny, to w sumie subiektywna sprawa, grunt to jedno - kręci nas bieganie.


Czego szukamy w internecie, na forach związanych z bieganiem, w grupach na Facebooku, w portalach, czy prasie? Informacji o tym, jak biegać, w czym biegać, jak się odżywiać. I co? Co portal to różne opinie, co forum różne komentarze. Stykamy się z różnymi "fanatykami" (specjalnie dodaję to w cudzysłowie, bo nie musi mieć to negatywnego wydźwięku), którzy dosłownie i w przenośni rozpaczają nad dniem bez treningu (lub co gorsza nie robią takich), którzy bombardują siebie i znajomych wpisami tras i dystansów z Endomondo, świątek, piątek, czy niedziela. Co się dzieje? Albo się frustrujemy - no sorry, nie wszyscy mają tyle czasu żeby biegać, albo załamujemy - ale kiepskie mam czasy i słabe dystanse, ogólnie mało osób, zwłaszcza myślę o początkujących, podchodzi do tego z rezerwą. Raczej pojawia się biegowa spinka, a od biegowej spinki już szybko może się pojawić znużenie i niechęć.

Co pokazuje Grzegorz w "Bieganie dla początkujących i zaawansowanych"?

Prócz ogromnej podstawowej wiedzy o tym sporcie (sprzęt, koszty, dieta, technika biegania, treningi przygotowujące do udziału w zawodach, starty, zdrowie), które są mega ważne i mega przydatne (i tak przyznaję, wyniosłam z tej książki coś nowego, mimo, że sporo takich dla amatorów biegaczy już przeczytałam) jest też ogromna szczerość biegacza amatora. Grzegorz mówi o tym, że owszem jest się biegaczem, ale i człowiekiem. Że bieganie może być ważną częścią czyjegoś życia, ale nie go nie definiuje. Albo definiuje u tych, którzy od biegania są uzależnieni. Dla mnie ostatni rozdział tej książki, dla wielu powinien stanowić ten pierwszy, gdy zamarzy im się zostać biegaczem.


To jest jedna z nielicznych książek, a właściwie może i pierwsza, która rozprawia się niejako z modą i kultem biegania. Owszem mocno do niego zachęca, pokazuje jego zalety, informuje co i jak robić, gdy się chce  / lubi biegać, ale i taka, która nie boi się mówić o tych innych stronach biegania. O tym, że można popaść w nadmierne gadżeciarstwo, w lekki ciuchowy zakupoholizm, że można nierozsądnie, a czasem wręcz bezmyślnie chcieć być lepszym od innych, zwiększając kilometraż, szybkość itp, wymyślać sobie średnio bezpieczny dla zdrowia cel np. w kilka miesięcy od kanapowca do maratończyka - bo przecież ileś ludzi na forum o 3 miesiącach od rozpoczęcia przygody z tym sportem już przebiegało magiczne 42km, nie myśleć o swoim zdrowi i zatracić się w tym wszystkim.

A Pan Grzegorz przypomina "harmonia i umiar" !! We wszystkim a w bieganiu szczególnie. I to się chwali.






niedziela, 24 kwietnia 2016

Premiera w mojej kuchni - bananowy pudding chia z musem kiwi ;-)

Ale to banalnie proste - pomyślałam, gdy do mojej kuchni wjechał pudding chia. Nasiona chia kupiłam jakiś czas temu, trochę dodawałam do owsianek, do jogurtu, ale za bardzo nie wiedziałam co z nimi począć.


Przekopałam Internety tu i tam i odkryłam, że pudding z chia to fajna sprawa, proste w zrobieniu i podobno smaczne. Pomyślałam ok jedziemy z tym ;-) I tak z okazji posiadania bananów nie wyglądających już bosko, powstał pomysł na takowy pudding.


Składniki na dwie porcje: 
- 3 kopiaste łyżki nasion chia
- 4-5 niedużych bananów
- 1,5szkl mleka 2%
- 3 kiwi

Przygotowanie:

1. Banany blendujemy z mlekiem.


2. Do w/w dodajemy chia i mieszamy łyżką.


3. Przelewamy do naczyń. Wstawiamy do lodówki na 2-3h.

4. Przed podaniem blendujemy kiwi i tak powstały mus układamy na pudding.


Takie szybkie, takie łatwe, a obłęd smaku. Zero cukru sama słodycz banana idealna ;-)

Wiem, już te teraz jak pojawią się owoce, będę eksperymentowała z chia ;-P 

Lubicie? A może macie jakieś inne pomysły na wykorzystanie tych nasion? Niekoniecznie w wersji "na słodko"

czwartek, 21 kwietnia 2016

Dlaczego wyszłam z wykładu Konrada Gacy?

Lubię wszelkie nowinki ze świata fit, zdrowej żywności itp. Jestem zawsze ciekawa tego, co kto ma do powiedzenia na ten temat, tym bardziej jeśli jest osobą znaną i robi się / jest ekspertem w jakiejś dziedzinie. Dlatego, gdy jakiś czas temu dowiedziałam się o wykładzie, jaki w Warszawie poprowadzi Konrad Gaca stwierdziłam, ze bardzo chętnie się na niego wybiorę.


Pana Gacę znam ze słyszenio/widzenia. Wiem o nim niewiele, prócz tego, że sporo ludzi się z nim odchudza i sporo się odchudziło. Wiem, że występuje w Tv, pisze artykuły do gazet i aktywnie udziela się na FCb. Ale skąd się bierze taka duża liczba fanów, czemu wszyscy się odchudzają właśnie z nim? No i w końcu co takiego im proponuje, co poleca do jedzenia itp? Wczoraj miałam szansę sprawdzić, o co chodzi w Gaca System.


Wykład miał rozpocząć się o 19.00, na zaproszeniach i w mailach, które dostawali uczestnicy była prośba aby osoby które chciałby zająć jakieś logiczne miejsca przychodziły 40min wcześniej. To już mnie zaciekawiło, a jeszcze bardziej kolejka którą po 18 napotkałam na miejscu. Tłumy, jedne wielkie tłumy. Nie wiem ile osób, pewnie w setkach można by było liczyć. Młodzi, starsi, grubi i chudzi, przewaga kobiet, ale i sporo mężczyzn. Ogromna sala, rzędy krzeseł, kolorowe światła, głośna muzyka. Ludzie naprawdę podekscytowani.

19.00 nic się nie dzieje
19.15 jakiś Pan ze sceny przeprasza za opóźnienia i informuje, że zaraz zaczniemy. 
19.25 nadal nie zaczęliśmy, myślę sobie - czekam 10 min i wychodzę.

Ja naprawdę nie jestem upierdliwa, ale jak ktoś chce by szanować jego czas powinien i szanować mój.

19.30 zaczęło się (dowiedziałam się, że cała impreza miała potrwać do 21.30)

o 20.15 już mnie tam nie było. Dlaczego?


Od pierwszej niemal chwili strasznie nie podobał mi się sposób prowadzenia tego spotkania (juz po paru minutach było wiadomo, że nie będzie to wykład). Ja wiem to jest subiektywna sprawa,ale.. Przypominało ono bowiem spotkania jakie widuje się w amerykańskiej telewizji, w programach, które namawiają do zakupu, czy do wstąpienia do jakiejś organizacji itp. Taki przepych, taka sztuczność straszna, która biła od każdego "możesz wszystko". Trochę jak na prezentacji garnków w wycieczkach do Ciechocinka. Mam nadzieję, że rozumiecie, o co chodzi.

Pan Konrad powiedział, że przedstawi swoją piramidę zdrowego człowieka. Jako, że na początku było poznanie siebie, potem odżywiania i aktywność fizyczna, pomyślałam ok czegoś się dowiem. Yyy...nie dowiedziałam się.

Najpierw za to dowiedziałam się, że jakiś pan schudł 90kg i po 7 miesiącach od rozpoczęcia odchudzania przebiegł półmaraton (a w mojej głowie kiełkowała myśl, z taką nadwagą po 7 miesiacach?? nie za szybko) i Pan wbiegł na scenę (światła, motywująca głośna muzyka itp). W kilku słowach podziękował Panu Gacy i ze sceny zbiegł, żeby było mało w sportowym biegowym ubraniu z numerem startowym tegoż półmaratonu.

Potem usłyszałam, że ważne są badania krwi (ok jestem za i popieram) i poznałam kolejną Panią która schudła chyba 40kg, tym razem wjechała na scenie na rowerze. Znów światła, morze oklasków, głośna muzyka. Gwiazda jakaś czy co?? Pani na scenie powiedziała, że 2 lata temu była na podobnym spotkaniu i teraz dziękuje Panu Konradowi, że odmienił jej życie. Po czym, zjechała ze sceny. Ja skonsternowana siedzę dalej.

Odżywianie. No myślę, w końcu konkret....Taaa..... Trzeba jeść regularnie, zdrowo. Mamy w naszym systemie diety różne. Koniec.

Pokaz mody Gacomaniaków...miss Gacomaniaków....żenująca sprawa. I kolejna Pani, która ileś schudła.

To wszystko było takie prymitywne, opierające się na podstawowych uczuciach (czytałam dziś komentarze, że się niektórzy spłakali...serio???), gdzie tu motywacja to ja nie wiem?

Gdy pan Konrad zaczął temat aktywność jest ważna wyszłam.

Nadal nie wiem, o co chodzi z tym fenomenem Gaca System. Ludzie chudną ok, fajnie. Nie wiadomo na czym się te diety opierają, jak ćwiczą nie wiadomo nic. Prócz tego, że panie w kolejce przebąkiwały o tym, że kosztuje to od 200-400zł miesięcznie. Dla mnie to spotkanie było czymś w stylu: naczytaliśmy się ze wspólnikiem książek o PR i marketingu ze stanów i próbujemy matołkom pokazać mega szoł. 

Ja osobiście czułam się od początku mamiona i oszukiwana, a nie informowana o niczym, parę osób też wyszło, ale czy z tego samego powodu co ja nie wiem.

A i zapomniałam dodać. Pan Konrad opowiadał na początku spotkania o swoich początkach. Ja tak do końca nie wiem, czy chwalenie się, że się odchudziło jedną osobę, bo się było kulturystą i wiedziało co jeść i postanowiło nagle zacząć odchudzać innych jest dobrym argumentem by uwierzyć w umiejętności..

Czy ktoś był na wykładzie Pana Gacy? Może macie jakieś inne doświadczenia z nim związane? Nadal jestem ciekawa ;-P o co chodzi ;-P





poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Zdrowe ciacha - kokosowe amarantuski.

Jakiś czas temu w Lidl natknęłam się na przeceniony Amarantus. Jako, że nigdy nie próbowałam tego cuda, a słyszałam o nim to i owo dobrego postanowiłam kupić i coś z nim zadziałać. 


Od razu pomyślałam o ciasteczkach, bo już nie raz w sklepach ze zdrową żywnością widziałam, tzw. amarantuski.

Lubię wszystko co kokosowe więc poszukałam czegoś o tym smaku. Przepis znalazłam na stronie BEMAM, a poniżej macie go w mojej wersji. Ostrzegam - mega proste ;-)

Składniki:
- opakowanie amarantusa 250g
- 1,5 szkl wiórek kokosowych
- miód naturalny (u mnie lipowy) 2 kopiaste, wielkie łyżki


Przygotowanie:

1. Amarantus zalać wodą i gotować 15-20min na małym ogniu. Potem odsączyć i poczekać aż ostygnie.


2. Do amarantusa dodać wiórki kokosowe.


3. Miód rozpuścić w garnku i poczekać aż się spieni. Gorący wlać do amaratusa i wiórek i dokładnie wymieszać łyżką.


4. Ja ciacha formowałam ręcznie. Piec w piekarniku nagrzanym do 150-180 stopni przez ok. 20 min. Potem pozostawić do ostygnięcia.


5.Wcinać ;-P 


Powiem tak, jak ktoś nie próbował nigdy amarantusa - ma dość specyficzny smak, nie umiem go przyrównać do niczego. Ale ciacha wyszły smaczne, mało słodkie i mocno kokosowe ;-)


Próbowaliście amarantusa? Może macie jakiś ciekawy przepis nie ciastkowy do polecenia?